Włóczykij

Ostatnie kilka tygodni upłynęło mi na włóczeniu się po bożonarodzeniowych targach w Pradze, Bratysławie, Wiedniu i Dreźnie. Targi nie były celem, a najpiękniej i tak pachną praskie – już w połowie Celetnej napływa charakterystyczny zapach grzanego wina, grogu i trdelnika – nigdzie tak nie pachnie.

Celem była – jak to w podróżach – sama podróż. Bratysławę pomijam, tam jeździmy do rodziny V., Praga to oczywistość, ale Wiedeń… to jedno z tych miast, które kocham i w którym nigdy nie zamieszkam. Szwendaliśmy się poza Ringiem, wybraliśmy metrem daleko za centrum, gdzie piliśmy kawę za euro na uroczym skwerku, odnajdowaliśmy zaułki i pasaże i normalne życie normalnych ludzi.

Drezno jest typowym celem Prażan w okresie świątecznym. Ludzie jeżdżą tam na grog i niemieckie przysmaki (świeży chleb z gorącym serem i śmietaną jest najlepszy!). My pojechaliśmy z ciekawości – co to może być za miasto, które było tak zniszczone w trakcie wojny, a nadal uchodzi za piękne?
Jest interesujące, to fakt, choć miejscami uroki Niemiec Wschodnich zgrzytają, oj zgrzytają. Najbardziej podobało nam się Nowe Miasto, nie tak strasznie zapchane turystami, za to autentyczne i urokliwe. Najbardziej intrygujący był jednak nasz pensjonat: cudem znaleziony przez V. w internecie, bo wszystko inne zapchane. Właścicielka, miła dziewczyna, okazała się być Polką. Zaprowadziła nas do naszego pokoju – obok jeszcze dwa inne plus dwie łazienki, w tym jedna z jacuzzi. Cudnie! Pokój cały w czerwieni, łóżko z baldachimem, w kącie figurka lamparta – interesujące.

– Bo my generalnie nie miewamy gości na całą noc, wynajmujemy pokoje na godziny. W nocy mogą przychodzić dziewczyny z klientami, ale nie martwcie się, są raczej cicho.

Aha.

Rano odwiedziłam pozostałe dwa pokoje: jeden miał lustra na ścianach i suficie, a drugi był wyposażony w full sprzęt sado-maso – krzyż, dyby, zestaw pejczy, batów i innych akcesoriów, których zastosowania nawet moja bogata wyobraźnia nie umie sobie zwizualizować.

Była cisza i spokój, choć fakt, że wróciliśmy późno w nocy, po tym jak w okolicy odkryliśmy fajną knajpę. I z dobrym piwem. W razie czego służę adresem – piętro niżej do wynajęcia w rozsądnej cenie jest dwupokojowe mieszkanko. Można zatrzymać się na parę dni, jeśli kogoś ciekawi, jak takie hotele wyglądają od środka.IMG_0951

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Aferka

Wczoraj wieczorem wybuchła aferka – T-mobile wypuściło reklamę, która ponoć godzi w dobre imię Polaków.

Polacy w Czechach zaczęli dyskusję, którą sobie śledziłam z boku – były zarówno kulturalne próby tłumaczenia swojego punktu widzenia, były obelgi i były nawet odwołania do Biblii – na usprawiedliwienie dwóch przeciwstawnych tez.

Tezy są oczywiste: jedna jest taka, że sprawę należy olać i mieć dystans do stereotypu Polaka – handlarza czwartej kategorii; druga zaś praktycznie wzywa do szabel w dłoń i czołgów na Pragę.
Aferka dostała się już do Wyborczej i TVN, polska ambasada protestuje, ludzie się kłócą – a ja mam reklamę gdzieś. Już pisałam o tym, że ubolewam nad tym, że Czesi postrzegają nas negatywnie, ale wiem, że nie zmienię ogółu Czechów – bo takie coś nie istnieje. Podobnie, jak nie istnieje ogół Polaków. No różni jesteśmy, no. Chcę być lubiana wśród moich kolegów, ale jako ja, nie jako Polka.

Obserwacja Polaków w Czechach przynosi mi jeden wniosek: ludzie strasznie są przywiązani do koncepcji przynależności do narodu – koncepcji nowej i nie do końca naturalnej. I gotowi są poświęcać bardzo wiele czasu, żeby gardłować w imię tej idei. Nic mi do tego, ale zawsze śmieszył mnie patriotyzm na emigracji – patriotyzm deklaratywny, bo inny nie może być, jeśli się mieszka poza granicami kraju.

Zdanie Czechów na temat reklamy też jest podzielone – część stereotyp bierze za prawdę, część mówi, że T-mobile jest głupie, część chce więcej luzu – nikt szat nie rozdziera, że Czesi też nie są przedstawieni w najlepszym świetle (hehe, Trojan dzwoni z telefonu bez karty sim, gdzie tu konsekwencja?). Podobnież, jakiś czas temu Słowacy i (chyba) Chorwaci wypuścili reklamy naśmiewające się z Czechów; reakcje były ostre, atmosfera niemiła.

Wniosków, jak zwykle, nie będzie. Sama dla siebie się cieszę, że wyjazd pozwolił mi zrewidować pojęcia tłuczone mi do głowy od dzieciństwa i że teraz mogę patrzeć na ten cały teatrzyk obojętnie.

Posted in Uncategorized | Tagged | Leave a comment

Puzzle room

Od kiedy dowiedziałam się, że gry escape the room istnieją w wersji analogowej, moim gorącym marzeniem stała się wizyta w takim miejscu. Okazja trafiła się jakiś czas temu, znajomi koleżanki poszukiwali czwartej osoby do teamu, koleżanka poprosiła mnie i tak oto, w piątkowy wieczór stałam przed bramą prowadzącą do sutereny jednej z kamienic na Bubency. O tu: http://www.puzzleroom.cz/.

Właścicielka wprowadziła nas w atmosferę XVI wieku, opowiadając historię o Golemie i o jego twórcy, rabinie Lowe. A potem wpuściła do pokoju, którego drzwi pilnował właśnie Golem. Mieliśmy godzinę na znalezienie shamsu, ukrytego gdzieś w pokoju, włożenie go do Golema i wyjście z pokoju. Spędziliśmy 52 minuty, podnosząc dywany, wertując księgi, dokładnie oglądając globus, otwierając skrzynki i znajdując tajemne przejścia.

Pobiliśmy, jak na razie, rekord – największą satysfakcję dała mi jednak sama gra. Wyszłam zrelaksowana jak nigdy i jeszcze następnego dnia byłam pełna energii i radości. Gra wciąga tak, że zapomina się o całym świecie – człowiek skupia się tylko na powiązaniu ze sobą różnych elementów i odnalezieniu tego, co brakuje. Całkowite wyłączenie mózgu na wszystkie problemy tzw. realnego życia jest zbawienne – polecam gorąco. Mnie samej przydałby się kolejny seans, wiadomo, ekspackie życie czasem przytłacza.

W Pradze istnieje pięć takich pokojów, mam zamiar odwiedzić wszystkie. W Budapeszcie (pomysł podobno jest węgierski) – jest ich pięćdziesiąt. Zaczynają powstawać też w Polsce – większość nadaje się także dla rodzin z dziećmi, na teambuldingi, assessment centers i co tyko zechcieć zawodowo i prywatnie.

Jeszcze raz gorąco polecam – wielbicielom Crimson Room i nie tylko.

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Fiołek

IMG_9731

Przeżyłam Lizbonę. Przeżyłam, choć z pewnym trudem, miesięczny pobyt w Krakowie. Wróciłam do jesiennej Pragi – i wpadłam po uszy. Praga jest o tej porze roku najpiękniejsza – rozliczne parki ociekają kolorami, imbir na gorąco rozgrzewa po długich spacerach, na każdym kroku coś się dzieje; krótko mówiąc: zapomniałam o blogu. Ale dostałam dziś motywacyjnego kopa (dziękuję Joanno) i wracam.

Skąd zdjęcie na górze? Czechy świętują dziś upadek komunizmu. Większą część dnia spędziłam dziś w aucie, wracając z bajkowych Moraw, więc słyszałam tylko w radiu, jakie toczą się dyskusje i jak Czesi świętują wolność. Świętują – ale też manifestują. Niezadowolenie z rządów Zemana i z jego samego (facet klnie, że nawet mi uszy więdną…) rośnie, więc Prażanie wykorzystali historyczną okazję i protestują na Alei Narodowej.

Niewiele wiem o historii Czech i uczę się jej, kiedy tylko mogę. Pisałam kiedyś o nieodwzajemnionej miłości Polaków do Czechów – ale co to, za miłość, jeśli ogólne pojęcie o kulturze tego kraju jest tak słabe? Kogo z nas uczyli o prawdziwych związkach Mieszka I i Bolesława Chrobrego z Czechami? Kto z nas wie, kim był Masaryk? Ilu Polaków ma pojęcie, czemu wojska Układu Warszawskiego weszły do Czechosłowacji w ’68? Znamy Havla i to praktycznie wszystko.

A propos ’68. Oglądałam wczoraj serial historyczny. Odcinek opowiadał o tych kilku dniach, od kiedy na teren kraju weszły sowieckie czołgi do momentu podpisania ugody przez Dubceka. Dawno już nie widziałam tak dobrze zniuansowanej i uczłowieczonej historii – i od wczoraj jestem w głębokim podziwie dla Dubceka właśnie. Kolejna postać z Czechosłowackiej historii do zgłębienia.

Z innej beczki – poznałam wczoraj przemiłą ciocię V. – prawniczka, pracująca w Urzędzie Miasta bodajże. Ciocia uprawia wiadome roślinki i robi z nich maść na bóle stawów. Opowiada o roślinkach z pasją, choć raz przytrafiła jej się nieciekawa (z jej punktu widzenia) historia. Smarowała sobie ręce ową maścią, potem potarła sobie nos w środku, bo ją swędział – i po jakimś czasie poczuła się szalenie dziwnie. Co gorsza – kiedy zaczynała coś mówić, zapominała co – i to w połowie zdania. Biedna, bała się, że ma wylew…

Opowiadała też o swojej koleżance, która w urzędzie miała roślinkę na parapecie. Przyszedł jej kierownik i spytał, co to za roślina. Groźnie spytał. Koleżanka zamilkła na dłuższą chwilę. Po czym odpowiedziała:

-Fiołek.

-Fiołek? A kiedy zakwitnie?

Cisza. Cisza. Cisza.

-Na jesień.

Taki to kraj, proszę państwa.

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Ulissipo

Krakowianka jest tymczasowo w Lizbonie. Precyzyjniej – 20 kilometrów od centrum.

Narzekałam, durna, na początku, na pracę, a zapomniałam chyba napisać, że już po kilku dniach ją polubiłam – bo jest ciekawa, mam super kolegów i świetną szefową. A jak się okazało, że jadę na delegację do Portugalii – no cóż… Odwołuję wszystko, jestem szczęśliwą korpomyszą!

Tutaj – dwa tygodnie, potem, o ironio, miesiąc w Krakowie. Cieszę się jednak, czeka mnie sporo atrakcji i spotkań.

Na razie jednak – tutaj. Portugalia moja wyśniona, od czasu, kiedy osiem lat temu zaczęłam się uczyć portugalskiego, a potem nawet przez rok studiowałam filologię portugalską. Historia, literatura, zabytki – teraz to wszystko w końcu widzę i czuję.

Spędziłam dziś cały dzień w Lizbonie, starając się zobaczyć jak najwięcej – jeden dzień to bardzo mało, nawet w niewielkim mieście. Ze łzami radości patrzyłam na Tag z Alfamy, błądziłam po schodach w Bairro Alto, wdrapałam się na wzgórze w Belem i patrzyłam na ocean… Praga piękniejsza, ale Lizbona jest intrygująca i wiem, że chcę tu wracać.

W trakcie zwiedzania śpiewałam sobie w głowie piosenki Madredeus, doceniając ich piękno i wierne, nieidealizowane spojrzenie na miasto. Bo oczywiście – Lizbona moich marzeń była inna, ale takie miasto chyba nie istnieje…

Czy chciałabym tu zamieszkać? Stać się Krakowianką w Lizbonie? Nie wiem – ale jest tu pięknie (i ciepło – tu Kafka utopiłby się w Tagu, nie w deszczu).

A delegacja jako taka przebiega pomyślnie, tak gwoli wyjaśnienia i coraz bardziej lubię to, co robię.P1040743

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Rok w Pradze

No więc dziś mija rok od mojego przyjazdu tutaj. Nie jestem chyba dobra w podsumowaniach – to był niezły rok.

Pierwsze dwa tygodnie były straszne – wiedziałam, że nie polubię pracy, wszystko było obce, V. był jeszcze w Krakowie. Poszłam raz smętnie do księgarni, bo chciałam kupić coś po polsku do czytania. A tam nic – ani słowa w moim języku. Mój mózg umierał od francuskiego/angielskiego/czeskiego, byłam zmęczona, wiecznie głodna i gryząca się, czy wyjazd był dobrym pomysłem.

Pytanie to powraca, to jasne – raz jedziemy z tarczą, raz na tarczy.`Ale wiem, że jest dobrze. Praga to piękne miasto, im lepiej ją poznaję, tym bardziej ją kocham. Mam nową pracę, która mi się podoba (klękajcie narody!) i nowe perspektywy. Uczę się tańczyć u świetniej tancerki i instruktorki. Mieszkamy w ładnym, dużym mieszkaniu. Coraz lepiej mówię po czesku.

Nie mam zbyt wielu kontaktów towarzyskich i na to chcę poświęcić kolejny rok. Nie, żebym umierała z samotności, daleko mi do takiego typu, ale tak czy tak znajomych spoza pracy w ilości większej niż 2-3 osoby, są pożądani.

Czasem jestem pytana, czy planuję tu zostać na zawsze.

Nie wiem. Serio nie wiem – jest mi tu dobrze, życie jest spokojne, zarobki lepsze, więcej mam przestrzeni. Polecam Pragę na emigrację – ale na jak długą? Może kiedyś wrócimy do Krakowa, przeniesiemy się do Bratysławy czy do Barcelony albo do Wiednia. Nie wiem – kwestia jest otwarta i to mnie uspokaja.

No to szczęśliwego kolejnego roku!Digimax A50 / KENOX Q2

 

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Nowy Świat

Digimax A50 / KENOX Q2

 

Nowy Świat to jeden z moich ukochanych praskich zakątków, zaraz przy Zamku, a jednak nieoblegany przez turystów – i przez to chyba taki czarowny.

Uliczka ta powstała w XIV wieku, w sąsiedztwie Jeleniej Fosy. Jest dosyć długa, nieco kręta, brukowana kocimi łbami, zabudowana niskimi kamieniczkami. Obiektywnie – niezbyt atrakcyjna turystycznie, w skali tego, co oferuje Praga – ale jednak moja najulubieńsza.

Można się na nią dostać od strony placu przez wejściem na Zamek, ja jednak przeważnie wybieram spacer od przystanku Brusnice. Idę boczną uliczką, po której jeżdżą auta i meleksy, żeby po kilku minutach przenieść się o kilka wieków wstecz. Nowy Świat jest bardzo odosobniony: jest tam jedna restauracja i jedna kawiarnia, co za tym idzie więc, niewielu ludzi – można więc z łatwością wyobrazić sobie, że nadal trwają czasy renesansu i spokojnie podziwiać malutkie domki, wyglądające jak miniatury malostrańskich pałaców. Załamania ulicy powodują, że co kilkanaście metrów odsłania się nowa perspektywa – dlatego miejsce to nigdy mi się nie nudzi.

Nowy Świat kończy się placykiem pod murem zarośniętym bluszczem. Z prawej strony znajduje się przepiękna chata, w której mieści się hotel (Opis hotelu, uważanego za dziewiąty najromantyczniejszy na świecie), z prawej – pod górę pnie się uliczka, nie tak malownicza, ale bardzo senna i intrygująca, przy której mieści się surrealistyczna galeria (nie miałam odwagi wejść).

Powoli pnę się pod górę i, wychodząc na Plac Loretański, zawsze mam dosyć przykre wrażenie powrotu do teraźniejszości – Nowy Świat zostaje w dole, niewidoczny, ukryty – a ja, żeby przedłużyć jeszcze to uczucie dépaysement, kieruję się na ulicę Uvoz, z której roztacza się piękny widok na Pragę i po której, co ważne, również nigdy nie chodzi zbyt wielu turystów.

Spacer to tych zakamarkach Hradczan jest dla mnie zawsze bardzo orzeźwiający i polecam go każdemu, kto chce na chwilę uciec od zgiełku bez ruszania się poza centrum.

 

Digimax A50 / KENOX Q2

 

 

 

Posted in Uncategorized | Tagged | 1 Comment

Praga na rowerze

Digimax A50 / KENOX Q2

(zdjęcie bez związku z tematem)

 

 

Rowerowa jestem umiarkowanie – w Krakowie lubiłam wybrać się pojeździć nad Wisłą, kiedy mieszkałam na Ruczaju i pracowałam przy Rondzie Matecznego, jeździłam do pracy na rowerze, w weekendy robiliśmy sobie wycieczki na Kazimierz i do centrum. Uważałam za oczywiste, że panujący w dużych miastach trend na wspieranie komunikacji rowerowej, występować będzie także w Pradze.
Pierwsze wrażenie – ależ tu super! Śluzy na skrzyżowaniach, wyznaczone trasy rowerowe na prawych pasach jezdni (także tych, gdzie ograniczenie wynosi 70 km/h, trochę nietypowo), w niektórych dzielniach (np. na Karlinie) kontrapasy – no miodzio! Dopóki nie zrobiło się ciepło i V. (maniak rowerowy) nie zaczął jeździć, a ja ze trzy razy wraz z nim.
Wzdłuż rzeki jest świetnie – najlepsza część cyklotrasy zaczyna się na wysokości Karlina, można dojechać na Stromowkę i tam dalej rozbijać się w olbrzymim parku, można dojechać na Troję, Divoką Sarkę i w inne zielone miejsca. Więc dalej miodzio, jakżeby nie. W mieście kilka sensownych rozwiązań – oprócz wspomnianych już śluz, świetnie poprowadzone drogi rowerowe tak, żeby przejechac bezpiecznie skrzyżowanie, trasy wytyczone na torach tramwajowych, więc nikt nie trąbi. Dalej fajnie.

Ale nie do końca. Po pierwsze: rekreacyjna trasa wzdłuż rzeki zmienia się w horror w okolicach centrum. Na nabrzeżu nie ma wytyczonego osobnego pasa dla rowerów – za to środkiem bulwaru idą sobie dwie linie o szerokości piętnastu centymetrów. Na Naplavce są dzikie tłumy i, rzecz oczywista, mało kto orientuje się, że ten podwójny pasek jest zarezerwowany dla cyklistów.
Po drugie: stojaki na rowery to straszne dziwo, zawsze mam ochotę zrobić zdjęcie, jak taki napotkam, bo, po prostu, prawie ich nie ma. Najbardziej mnie zaskoczyło, że nie ma także przed biurowcami – znaczy się, tu nie jest w modzie bycie korposzczurem na rowerze. Nawet hipsterzy, czyli korposzczury a rebours nie używają holenderek i stylowych kolarzówek. Szok i niedowierzanie.
Po trzecie i najważniejsze, bo tamto, to drobiazgi: miasto i ludzie rowerom są generalnie niechętni. Czytałam ostatnio ten artykuł.

O co z grubsza chodzi? Cykliści zapragnęli więcej przestrzeni w centrum miasta. Bo nie mają miejsca, pchają się na chodniki, jeżdżą pod prąd i ludzi to wkurza. Jasne, że wkurza, mnie też wkurza, jak baran mnie prawie zabija, bo MUSI na rowerze przez ulicę Na Mustku. Swoją drogą, na zdjęciu w artykule macie właśnie wspomniane wyżej nabrzeże i “cyklościeżkę”. Co na to miasto? Ano, chce zrobić bikesharing, wypożyczalnię rowerów – coś tam już istnieje, choć spotkałam się z reakcjami “A na co to komu???”. Z drugiej zaś strony – starosta Pragi 1 obwieszcza, że rowerzystów w centrum jest za dużo. Ha. Centrum to nie tylko Rynek, a to, czego tam za dużo, to raczej auta – mam jednak na względzie, że tam mieszkają ludzie i chcą parkować u siebie.
Co jeszcze dodaje starosta? Że po chodnikach jeździć się nie będzie (jasne), bo, uwaga! jest tam za dużo turystów. Trochę przerażająca czołobitność i argumentacja z kosmosu. Są inne względy przemawiające za tym, żeby rowerzyści na chodnik nie mieli wstępu. Niekoniecznie turyści. Choćby i to, co wspomniane jest później, czyli fakt, że i ulice i chodniki są wąskie.

Uważam jednak, że można wprowadzić jedno jedyne sensowne rozwiązanie: kontrapasy WSZĘDZIE plus zezwolenie na wjazd tam, gdzie teraz może jeździć tylko komunikacja miejska. Inaczej rower ma do pokonania taką samą odległośc jak auto i przestaje być atrakcyjny jako środek transportu. A o to chyba chodzi, żeby tę atrakcyjność zwiększyć i poszerzyć zastosowanie roweru ponad rekreację tylko i wyłącznie.

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Korpomysza

To ja, to ja. Zmieniłam pracę – pożegnałam linie lotnicze, bez większego żalu, chociaż reklamacji będzie mi brakowało. Pracę w obsłudze klienta zamieniłam na administrację zasobami ludzkimi w wielachnej korporacji na drugim końcu miasta. Uczę się pilnie nowych programów, spędzam całe dnie w biurze naszego klienta, bo tylko tam na razie działa VPN i staram się cieszyć, że w końcu będę kończyć codziennie o tej samej porze, mieć wolne weekendy i dorosłe koleżanki oraz w miarę wyluzowaną team-leaderkę. No i perspektywę jakiegoś rozwoju zawodowego. Druga strona mojej duszy opłakuje trochę zajęcia, które kiedyś (tak sobie marzyłam) miały mi zapewnić byt – ale wierzę, że jeszcze wrócę do tego kiedyś, powoli ale konsekwentnie.

Zmiana pracy łatwa nie była, gdyż tutejszy okres wypowiedzenia wynosi dwa miesiące. Więc wszystko, łącznie z rekrutacją, trochę na wariackich papierach. Udało się, zdążyłam nawet z badaniem lekarskim przed rozpoczęciem pracy, czekam tylko na zaświadczenie o niekaralności. Urząd ma jeszcze kilka dni na przysłanie, mam szczerą nadzieję, że przyjdzie, bo wycieczka na Pankrac i wydawanie kolejnych stu koron (choć to nic w porównaniu z polskimi 50 złotymi, wstrętnym formularzem i, o zgrozo, znaczkami skarbowymi – tutaj pani w urzędzie wypełniła wszystko na komputerze, a ja potakiwałam) nie bardzo mi się uśmiecha.

Uśmiecha mi się za to szalenie, że skończyłam z francuską organizacją pracy, czyli ideologizowaniem wszystkiego i wykręcaniem się od konkretów. Firma jest irlandzka, team leaderka jest Czeszką, a koleżanki są z Rumunii, Portugalii i Włoch. Mamy więc milutki miks i pięć różnych angielskich akcentów. Podbiły moje serce zachwytem dla Michałków i absolutnym brakiem nakłaniania do integracji. Więc może będzie dobrze, trzymać za mnie kciuki pięknie proszę.

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Czesi za kółkiem

Czesi na drogach są bardzo… arabscy. Uderzyło mnie to zaraz po przyjeździe i z zainteresowaniem obserwuję niezwykłe sytuacje – z perspektywy pasażera oraz oglądacza balkonowego.

1. Parkowanie. Mam dziwne wrażenie, że tutaj na kursach parkować nie uczą. Mało kto umie sprawnie zrobić kopertę, nawet jeśli jest pełno miejsca, kończy się to albo na parkowaniu praktycznie na środku ulicy albo na przepchnięciu auta, które parkuje z tyłu – zderzakiem. Czasem się wzajemnie blokują, czasem zaś parkują tak, że na miejscu, gdzie weszłoby pięć aut, stoi ich trzy.

Parkują na zakrętach, na śluzach rowerowych, przed kontenerami na śmieci. W niebieskiej strefie – na awaryjnych (dobra, my też tak robimy, ja zostaję w aucie i się modlę, żeby nie przyszła policja). Praga jest zapchana do granic możliwości, niestety.

2. Ulice jednokierunkowe. Jest ich tu sporo, osobliwie w mojej okolicy. Czech jednak nie będzie tracił czasu – skręci w jednokierunkową i pojedzie pod prąd, 50 na godzinę, choć u nas ograniczenie do 30. Ciekawe, że jeszcze nie widziałam stłuczki, szczęściarze sami. Sprytniejsi wjeżdżają w jednokierunkowe na wstecznym🙂 Ostatnio zaś widziałam, jak na drogę wjechała śmieciarka, skręciła w lewo – oczywiście pod prąd. Przejechała ze 100 metrów i tam dopiero, na przełaj przez tory tramwajowe, dostała się na swój pas.

3. Światła. Jakieś 30 procent aut, które widzę, nie używa świateł w dzień. Kochają za to długie – najlepiej na autostradzie, kiedy jedziemy lewym pasem na granicy dozwolonej szybkości. Przeważnie z tyłu dojeżdża do nas jakiś, za przeproszeniem, ćwok, jedzie 200 na godzinę i miga długimi, żeby uciekać, ustąpić mu miejsca bo ON JEDZIE. Krew mnie na to zalewa, no.

4. Linie na jezdni. Są. Ale można na nie najeżdżać (autostrada), bo kierowca się zagadał i zapomniał, że auto ma jechać prosto. Można też zmieniać pas na ciągłej, bo w ostatniej chwili kierowca odkrywa, że jednak ma skręcić. Przyznam jedno – Praga ma miejscami fatalne oznakowanie, człowiek jest przekonany, że jedzie na pasie do jazdy prosto, a tam bęc! nakaz skrętu – za tym idzie więc karkołomny manewr, wciskanie się i łamanie miliona przepisów.

5. Kierunkowskazy. Służą do ozdoby, szczególnie na rondach. Czasem czekamy na wjazd na rondo, z lewej coś jedzie, nie miga, znaczy jedzie prosto, a ten hyc hyc i już skręcił, zaś kierunkowskaz włączył po fakcie. Na autostradach to samo.

Czesi to spokojny naród, ale za kółkiem wstępuje w nich szatan. Mam zamiar tu robić prawko, więc z niecierpliwością czekam, jak będzie wyglądać kurs i jazdy. Jedna znajoma z Mali właśnie tu się zapisała na kurs i chwaliła się, że już 3 godziny wyjeździła i właśnie zaczyna się uczyć znaków.

Posted in Uncategorized | Tagged , , | 4 Comments