Frustracje filologa

Jak wiadomo, jestem z zamiłowania i wykształcenia językoznawcą. Poznałam kilka języków, głównie romańskich, easy come. Teraz oto zaś mam styczność z językiem słowiańskim – drugim w życiu, którego się uczę. Ale rosyjski był dawno, tylko rok i bez możliwości poznania kultury i kraju, więc została mi znajomość kilku wyrażeń, odśpiewania “Katiuszy” i czytanie w cyrylicy, co uratowało mi życie na Krymie, kilka lat temu. Troszkę się teraz przydaje, ale tylko troszkę.

Co mi ułatwiło rozumienie czeskiego, to po pierwsze osłuchanie ze słowackim od dziesięciu miesięcy – w stopniu takim, że V. mówi po swojemu, ja po polsku i się rozumiemy. Słowacki i czeski są bardzo podobne, choć rozmaite autorytety twierdzą, że słowacki najbliższy jest ukraińskiemu, ale fakt, że ogromny procent słownictwa jest taki sam, jak w czeskim.

Po drugie – pewne oczytanie w tekstach w polskim do XIX wieku. W Czechach nadal nosi się żupany, wiele wydarzeń wydarzyło się łońskiego roku itd.

Ale rozumienie to za mało. Trzeba nauczyć się mówić i kiedyś – pisać. W związku z wyżej wymienionym easy come, gdzie mówić zaczynałam względnie szybko, z błędami ale akceptowalnie, teraz przeżywam frustrację, bo nie jest to takie proste. Czeski ma trzy rzeczy – przedziwne r z haczykiem, dźwięk, którego się uczę od wielu miesięcy i cholera nie idzie; dźwięczne i bezdźwięczne “h” (paskudztwo, w polskim wydawało się to proste, w czeskim nie jest) i najgorsze – długie i krótkie samogłoski. Gramatyka jest względnie prosta, deklinacji i koniugacji można się nauczyć, w sklepach czy na ulicy jestem rozumiana, ale potwornie słychać, że jestem obca. Wszystko przez te wydłużenia. Mogą być nawet trzy w jednym wyrazie, kompletnie nielogicznie. Czasem widać, że jest to uzasadnione gramatycznie, ale w niektórych rzeczownikach to wydłużenie po prostu jest – nie wiadomo, po co. Chyba po to, żeby denerwować przyjezdnych, którzy się starają, ale im nie wychodzi.

Chodzę na kurs czeskiego w firmie. Na pierwszych zajęciach chciałam wypytać lektorkę, skąd to wszystko i gdzie dostać gramatykę historyczną, ale nie wiedziała. Widać nie trzeba być filologiem, żeby uczyć, wielka szkoda. Będę więc musiała sama dojść, co i jak. Chciałabym za rok mówić poprawnie, oto mój cel. Tym bardziej, że czeski jest przepiękny, śpiewny i melodyjny. I nie ma specjalnego rozróżnienia na rejestry (słowacki tak samo) – jak się mówi na ulicy, tak się mówi w telewizji i tak samo pisane są książki. Odpada więc problem, który ma każdy, kto funkcjonuje po francusku czy polsku.

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized and tagged . Bookmark the permalink.

1 Response to Frustracje filologa

  1. Dominika says:

    Ja mam znajomych filologów czeskich, może oni by Ci lepiej te zawiłości wyjaśnili 🙂 ale i tak szacun za ambicje, ja mimo 4 lat na Cyprze jestem w stanie powiedzieć tylko kilka zdań po grecku… Za to dużo wiecej rozumiem z arabskiego, który obecnie jest drugim po angielskim najcześciej słyszanym przeze mnie językiem 🙂

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s