O ekspatach

Konkretniej – o Francuzach. Obserwowanie ich w środowisku im obcym to szalenie pouczające zajęcie. Francuzi we Francji to otwarte, choć pełne hipokryzji, istoty, chcące, żeby każdy zachwycał się ich kulturą i integrował się w szalonym tempie, z mówieniem bez akcentu włącznie. Integrację i zachwyt kulturą pochwalam. Tutaj jednak obserwuję prawo Kalego.

Ekspaci z Francji, siłą rzeczy, przyjeżdżają tu sami, ewentualnie znają innych Francuzów, pracujących w naszej firmie. Naturalnie, skupiają się w swoim gronie, razem spędzają czas i niespecjalnie mają możliwość wejść do czeskiej rzeczywistości. A przynajmniej takie sprawiają wrażenie – jakby właściwie ciągle byli we Francji.

Narzekają na przykład na naszą pensję. A pensja zła nie jest – ot, praska średnia, do współdzielenia mieszkania czy na wynajem kawalerki wystarcza (większość to single, z dwóch pensji można mieć nasz apartament). I na życie reszta także starczyć powinna.

A tu nie. Bo co się liczy? Lokalizacja. Nie, że blisko do centrum, czy z dobrym połączeniem. Nie. Najlepiej Dlouha (dochodzi do Starego Rynku), okolice Teatru Narodowego czy Namesti Miru. Co z tego, że płacą jakieś 3-4 tysiące więcej niż za identyczne mieszkanie na Żiżkovie, mniej centralnych ulicach Vinohradów, o Karlinie nie wspominając. Żeby nie było – życie blisko centrum jest super, dla nas też to było ważne, ale znaj proporcjum. Jeśli na mieszkanie wydaję 15 tysięcy, a zarabiam 18, to musi się zrobić problem.

Część po jakimś czasie idzie po rozum do głowy i zaczynają się orientować, że agencje nieruchomości wcisnęły im zbyt kosztowne mieszkania i wyprowadza się. Chwała im za to.

Wielu moich kolegów nie ma też rozeznania w cenach – przeliczają na euro, więc jest tanio i dają się, biedactwa (serio, współczuję im) naciągać na zbytki, przeznaczone raczej dla zamożnych turystów. Koleżanka, jest tu już dwa lata, wymyśliła np., że na wieczorny wypad pójdziemy do pizzerii w stateczku na Wełtawie. Piwo – 50 koron, sałatka 190, pizza – ponad 300. Fakt, w euro jest to super cena, ale tu – to raczej drogo. Za 200 koron można się najeść i napić do wypęku. Na pizzę nie poszłam, wymówiłam się migreną (o którą przyprawił mnie widok menu).

Oprócz tego kultywują też inne elementy francuskiego młodzieżowego stylu życia. Wizyta w wypasionej restauracji to  raczej codzienność niż wyjątek. Wyjście do klubu i spicie się do nieprzytomności drinkami za 400 koron – również. A potem jest płacz i narzekanie na zarobki – kolega (poza tym bardzo fajny) ostatnio obrażony wyszedł z pracy i przysiągł, że nigdy nie wróci, bo na cztery dni przed wypłatą miał na koncie sto koron.

Wrócił.

Co mnie jednak wkurza realnie (bo to wyżej to raczej ciekawostki) to Francuzi, którzy już tu żyją jakiś czas i mają dziewczyny Czeszki, w związku z tym są w kontakcie z tutejszą rzeczywistością. Miłe jest, że próbują się uczyć języka, jeżdżą na chaty itp. Niemiła jest jednak krytyka tego, co tu jest naturalne – a także wspólne dla nas, Polaków, Czechów, Słowaków, a myślę, że i innych Słowian także.

Takie na przykład Boże Narodzenie to rodzinne święta, gdzie nie stawia się na blichtr i party, a raczej na wspólne jedzonko i rozmowy. Pan Francuz się oburzał, że tu w prezencie daje się skarpetki i majtki, bo on by wolał dostać od rodziców narzeczonej fajne perfumy albo bon do restauracji. Inny sarkał, że żarcie wstrętne, szczególnie sałatka ziemniaczana. No i ta Praga taka smutna, mało dekoracji na ulicach, nic się w Święta nie dzieje (fantastyczne targi na każdym placu uszły jego uwagi tak jakby).

Jasne, narzeka się zawsze. Ja boleję, że nie ma tu świeżych ryb, ale cóż – specyfika kraju bez dostępu do morza i rynku wyniszczonego przez monopol Carrefoura, który najpierw wykosił sklepiki rybne, a potem zniknął z rynku. Trudno – rybki jem w Polsce, tu mam bataty. Francuz natomiast spędza pół dnia w pracy (nie przesadzam!), szukając w necie przepisów na wypasioną kolację, a potem narzeka, że połowy składników nie ma. No, nie ma, trudno tu o dobre warzywa, o owoce morza, ale taki kraj wybraliśmy.

Nie nie, Czechy powinny dostosować się do Francji.

Lubię moich kolegów, słuchanie ich opinii jednakowoż wprowadza mnie w osłupienie. Szczególnie, kiedy słyszę, że Kolin ładniejszy od Kutnej Hory. Wtedy się cieszę, że w dużym stopniu jestem jednak u siebie.

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized and tagged , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s