O ekspatach

Konkretniej – o Francuzach. Obserwowanie ich w środowisku im obcym to szalenie pouczające zajęcie. Francuzi we Francji to otwarte, choć pełne hipokryzji, istoty, chcące, żeby każdy zachwycał się ich kulturą i integrował się w szalonym tempie, z mówieniem bez akcentu włącznie. Integrację i zachwyt kulturą pochwalam. Tutaj jednak obserwuję prawo Kalego.

Ekspaci z Francji, siłą rzeczy, przyjeżdżają tu sami, ewentualnie znają innych Francuzów, pracujących w naszej firmie. Naturalnie, skupiają się w swoim gronie, razem spędzają czas i niespecjalnie mają możliwość wejść do czeskiej rzeczywistości. A przynajmniej takie sprawiają wrażenie – jakby właściwie ciągle byli we Francji.

Narzekają na przykład na naszą pensję. A pensja zła nie jest – ot, praska średnia, do współdzielenia mieszkania czy na wynajem kawalerki wystarcza (większość to single, z dwóch pensji można mieć nasz apartament). I na życie reszta także starczyć powinna.

A tu nie. Bo co się liczy? Lokalizacja. Nie, że blisko do centrum, czy z dobrym połączeniem. Nie. Najlepiej Dlouha (dochodzi do Starego Rynku), okolice Teatru Narodowego czy Namesti Miru. Co z tego, że płacą jakieś 3-4 tysiące więcej niż za identyczne mieszkanie na Żiżkovie, mniej centralnych ulicach Vinohradów, o Karlinie nie wspominając. Żeby nie było – życie blisko centrum jest super, dla nas też to było ważne, ale znaj proporcjum. Jeśli na mieszkanie wydaję 15 tysięcy, a zarabiam 18, to musi się zrobić problem.

Część po jakimś czasie idzie po rozum do głowy i zaczynają się orientować, że agencje nieruchomości wcisnęły im zbyt kosztowne mieszkania i wyprowadza się. Chwała im za to.

Wielu moich kolegów nie ma też rozeznania w cenach – przeliczają na euro, więc jest tanio i dają się, biedactwa (serio, współczuję im) naciągać na zbytki, przeznaczone raczej dla zamożnych turystów. Koleżanka, jest tu już dwa lata, wymyśliła np., że na wieczorny wypad pójdziemy do pizzerii w stateczku na Wełtawie. Piwo – 50 koron, sałatka 190, pizza – ponad 300. Fakt, w euro jest to super cena, ale tu – to raczej drogo. Za 200 koron można się najeść i napić do wypęku. Na pizzę nie poszłam, wymówiłam się migreną (o którą przyprawił mnie widok menu).

Oprócz tego kultywują też inne elementy francuskiego młodzieżowego stylu życia. Wizyta w wypasionej restauracji to  raczej codzienność niż wyjątek. Wyjście do klubu i spicie się do nieprzytomności drinkami za 400 koron – również. A potem jest płacz i narzekanie na zarobki – kolega (poza tym bardzo fajny) ostatnio obrażony wyszedł z pracy i przysiągł, że nigdy nie wróci, bo na cztery dni przed wypłatą miał na koncie sto koron.

Wrócił.

Co mnie jednak wkurza realnie (bo to wyżej to raczej ciekawostki) to Francuzi, którzy już tu żyją jakiś czas i mają dziewczyny Czeszki, w związku z tym są w kontakcie z tutejszą rzeczywistością. Miłe jest, że próbują się uczyć języka, jeżdżą na chaty itp. Niemiła jest jednak krytyka tego, co tu jest naturalne – a także wspólne dla nas, Polaków, Czechów, Słowaków, a myślę, że i innych Słowian także.

Takie na przykład Boże Narodzenie to rodzinne święta, gdzie nie stawia się na blichtr i party, a raczej na wspólne jedzonko i rozmowy. Pan Francuz się oburzał, że tu w prezencie daje się skarpetki i majtki, bo on by wolał dostać od rodziców narzeczonej fajne perfumy albo bon do restauracji. Inny sarkał, że żarcie wstrętne, szczególnie sałatka ziemniaczana. No i ta Praga taka smutna, mało dekoracji na ulicach, nic się w Święta nie dzieje (fantastyczne targi na każdym placu uszły jego uwagi tak jakby).

Jasne, narzeka się zawsze. Ja boleję, że nie ma tu świeżych ryb, ale cóż – specyfika kraju bez dostępu do morza i rynku wyniszczonego przez monopol Carrefoura, który najpierw wykosił sklepiki rybne, a potem zniknął z rynku. Trudno – rybki jem w Polsce, tu mam bataty. Francuz natomiast spędza pół dnia w pracy (nie przesadzam!), szukając w necie przepisów na wypasioną kolację, a potem narzeka, że połowy składników nie ma. No, nie ma, trudno tu o dobre warzywa, o owoce morza, ale taki kraj wybraliśmy.

Nie nie, Czechy powinny dostosować się do Francji.

Lubię moich kolegów, słuchanie ich opinii jednakowoż wprowadza mnie w osłupienie. Szczególnie, kiedy słyszę, że Kolin ładniejszy od Kutnej Hory. Wtedy się cieszę, że w dużym stopniu jestem jednak u siebie.

Advertisements
Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Miłość bez wzajemności

“Czesi ukradli polską flagę i dołożyli do niej majtki”

Polacy, generalnie rzecz biorąc, kochają Czechów i Czechy. Oglądamy czeskie filmy, lubimy Szwejka, kochamy Kunderę i Hrabala, Nohavica nie jest nam obcy. Jeździmy do Pragi, cenimy parki v rohliku i oczywiście czeskie piwo. I dziwmy się, kiedy się okazuje, że Czesi wiedzą o nas mało, a niektórzy wręcz  nas nie lubią.

Czytam ostatnio różne czeskie strony i czasem pojawia się w rozmowach Polska. Pierwsze skojarzenie (nie, nie ’68) to polskie jedzenie. Ludzie nadają na jakość – że w mięsie nie ma mięsa, że sól posypowa, kurczaki z hormonami itd itp. Nieśmiałe głosy przekonujące, że polskie jedzenie jest bardzo wysokiej jakości, przechodzą niezauważone. Mało kto rozumie, że to nie Polacy en masse, a kilku przedsiębiorców posyła na tutejszy rynek najgorsze produkty. Czeskie firmy nie są bez winy – słyszałam ostatnio, że przedsiębiorca z Czech napisał do polskiej wytwórni, że chce kiełbasę, spełniającą pewne parametry – za bardzo niską cenę. Producent odpisał, że za taką cenę parametry będą dużo gorsze – a czeska strona się na zgodziła. Stąd kiełbasa ze skóry i kopyt.

Fakt, że polskie wyroby są generalnie najtańsze (mówię o zwykłych marketach), co nie zawsze znaczy najgorsze. Łososia kupuję tylko polskiego, reszta jest marna; są tu świetne polskie sery, przetwory. Ale po kilku aferach, które w Polsce przeszły bokiem, bo u nas to nikły procent rynku, ludzie się boją – a media sprawę nakręcają.

O polskiej kulturze niewiele się tu słyszy. Pojedyncze osoby w dyskusjach wspominają o Kieślowskim, Wajdzie, Szymborskiej. Ciekawe, bo myślę, że przy odrobinie wysiłku ze strony polskiej, można by tu wypromować Mrożka czy Gombrowicza. Są dosyć czescy w ich poczuciu absurdu i braku bogoojczyźnianości. W księgarniach za to sporo Sapkowskiego, Pilipiuka i innych polskich książek fantasy. Ostatnio na wyprzedaży nawet V. dorwał Solaris – niestety, podobno kiepsko przetłumaczone.

A wielu dyskutantów wprost mówi – nie lubię Polaków, rozwalają wszystko, gdzie się pojawią. Ciekawe, że tak mówią przede wszystkim ci, którzy z Polakami zetknęli się w Anglii (i twierdzą, że zanim nauczyli się angielskiego, to poznali polski, bo nim byli otoczeni) – a tam jest wszystko jedno – Czesi i Słowacy brani są za Polaków i przez to niespecjalnie lubiani.

Mało kto dostrzega, że Polaków w Czechach jest sporo i nie robią problemów.

W książce “Polska Praga” Leszek Mazan porusza ten problem nieodwzajemnionej sympatii. I nie znajduje do końca rozwiązania – a szkoda, bo miło by było, gdybyśmy się kochali nawzajem i gdyby koleżanki Czeszki nie bały się poczęstować białymi michałkami…

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Praska wiosna

Ponad roku temu przyjechaliśmy na parę dni do Pragi – ot tak, pozwiedzać, popatrzeć i zobaczyć, czy ewentualnie da się żyć. Podpytaliśmy kuzyna V. o ceny mieszkań, porównaliśmy z pensją, zaczęliśmy przymierzać się do myśli, że Praga to dobry wybór.

Mnie (osobiście, jakby to dodała afektowana koleżanka z liceum) najbardziej jednak przekonały dwa fakty. Pierwszym z nich było odkrycie, że zabytkowa Praga to olbrzymi obszar. Że nie tylko Stare i Nowe Miasto, Mala Strana czy Vinohardy oraz wille na Smichovie, ale także Holesovice, Bubenec, Zizkov, Karlin (fakt, że wtedy wydawał mi się paskudny), Liben. Patrzyłam na to wszystko z rosnącym zdziwieniem: to jak to? Jest miasto w Europie Wschodniej, gdzie kamienice zajmują tak olbrzymi obszar? I można w nich zupełnie normalnie mieszkać? I nie są to mieszkania socjalne ani nie kosztują fortuny?

Wiedzcie, że jako dzieci z blokowisk i V. i ja chcieliśmy zawsze mieszkać w kamienicy. Odbiło się to zresztą potem w trakcie przeprowadzki, bo odrzucaliśmy fajne oferty w blokach – nie po to się przenosiliśmy do Pragi. No i mamy secesję, wysokie mury, stare (super szczelne swoją drogą) okna i windę dorobioną na miejscu wewnętrznych balkonów.

Drugim argumentem, że Praga to jest to, była tutejsza ilość parków. Co pozna przeciętny turysta? Petrin, ogrody pod zamkiem, to chyba tyle. W trakcie pobytu tutaj rok temu, odkryłam dużo więcej (a to i tak tylko wycinek praskiej zieleni) – Letna, Stromovka, Vitkov. Trzy imponujące miejsca, parki o bardzo dużej powierzchni, gdzie można spędzać całe godziny.

I oczywiście – ciągle odkrywam nowe. Vojanovy Sady, po których przechadzają się pawie i kaczki, jakieś parczki, ogródki, zielone skwerki, gdzie można siąść, wypić piwo i się zrelaksować oraz pobyć w przyrodzie.
Zieleń traktuję tu jak kumpla. Na Letnej tłumy osób siedzą na trawie, biegają dzieci i (wbrew zakazom) psy, piwko się leje, ludzie robią sobie pikniki i panuje bardzo przyjemna atmosfera. Ciekawa rzeczy – piwko, jak się rzekło, się leje, ale nikt nie jest pijany i agresywny. Co najwyżej pijany i wesolutki, ale to raczej o 23, jak się zamykają karczmy.

Największym odkryciem była Divoka Sarka – jest to obszar położony na obrzeżu miasta, przy pętli tramwajowej. Wiele wiele hektarów dzikiej przyrody: skały, drzewa, trawa, polany, strumyki, przestrzeń. Jest kąpielisko, jest, oczywiście, gdzie się napić piwa. Divoka Sarka to raj na ziemi. Kiedy tam byliśmy, drzewa były w pełnym rozkwicie, obłędnie pachniało, a człowiek miał wrażenie, że uciekł gdzieś daleko daleko za miasto. Siedzieliśmy długo na trawie, wygonił nas dopiero jakiś potwornie brzęczący owad – w życiu czegoś takiego nie słyszałam, głośniejsze niż szerszeń. Podnieśliśmy się z trawy, kierując na tramwaj, ale brzęczenie uparcie wracało. Zaniepokojeni przyspieszyliśmy kroku, ale nic to nie dawało. Owad zaś okazał się być mini-awionetką, latającą nad pobliskimi skałami.

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Ironia losu

Może być patetycznie.

Ironia n. 1 – pójść na polski film na jednym z najważniejszych czeskich festiwali filmowych Febiofest. A konkretnie na “Chce się żyć”.

Ironia n. 2 – film jest o chłopaku z porażeniem mózgowym, który przez pierwsze dwadzieścia sześć lat życia uważany był za roślinkę. Otoczenie odkrywa, że jest intelektualnie sprawny i zmienia to jego życie na lepsze. Myślę o chłopaku z Bordeaux, który był w dużo gorszym stanie, ruszał praktycznie tylko jednym palcem – i kończył studia prawnicze. I dla nikogo nie był wielkim dziwem.

Ironia n. 3 – Tatarzy z Eupatorii poprosili w Polsce o azyl.

Eupatoria była dla mnie od wielu lat symbolem tego, jak fantastycznie mogą współistnieć kultury i religie. Na obszarze kilku kilometrów kwadratowych był meczet, cerkiew, synagoga i kościół katolicki. Po mieście (jak na całym Krymie zresztą) można było się błąkać w środku nocy i czuć się bezpiecznie. Wystarczyło kilka tygodni i rodzi się symbol – Tatarzy Krymscy pukają do nas. Nie wnikam w ich prawdziwą motywację, nawet nie chcę. Polska nie jest dla mnie rajem tolerancji z okresu, kiedy Czesi chronili się przed prześladowaniami religijnymi, a rozmaite mniejszości pokojowo sobie współistniały. I długo jeszcze nie będzie. Szkoda mi tylko mojego zniszczonego symbolu, o którym opowiadałam każdemu – kto chciał słuchać i nie chciał.

Jak zwykle – nie mam konkretnych wniosków do przedstawienia. Zadziwia mnie tylko, jak małe dziecko, jaki ten świat jest pomotany.

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

DÁL NIC

Tak się składa, że piszę raz na miesiąc – nawet nie to, że nie mam o czym, tylko ciągle jest kołowrót i błogi spokój i rytm życia stają się moim największym marzeniem.

Długo już nie byliśmy w kinie, wczoraj mieliśmy wolny wieczór, poszliśmy więc do kina Svetozor na dokument od budowie autostrady D8. Z pozoru – jaki to temat na dokument i to 75 minutowy? Okazało się, że trafiliśmy na perełkę.
 I to premierową.

Film zrobiony został przez absolwentów tutejszej filmówki. Zaczęli go kręcić jeszcze jako studenci, trwało to siedem lat, w końcu zostali zmuszeni do skończenia. Bo chcieli, żeby film wyszedł, kiedy autostrada zostanie otwarta. I mogliby tak jeszcze czekać i czekać…

16-kilometrowy odcinek autostrady w wulkanicznej okolicy Północnych Czech. Autostrady mającej łączyć Pragę i Berlin. Planowanej jeszcze przez Hitlera. Wszystko skończone, gotowe – poza tym odcinkiem. 

I tak mamy dyrektora budowy – ideologa budownictwa. Ludzi, mieszkających przy drodze, którą jeżdżą tiry, bo autostrada zamknięta – ludzi marzących o spokoju, ciszy. Jeden z bohaterów kładzie się na leżaku w ogródku w słuchawkach do robót drogowych.

I mamy drugiego ideologa – ekologa, który chce, żeby autostrada biegła inną trasą, tunelami, żeby zachować piękną naturę regionu. Faceta, który opóźnia budowę, wytaczając proces za procesem inwestorowi, który nie ma wymaganych pozwoleń, czasem łamie prawo – w majestacie państwa. Jego działania trwają już wiele lat, a on sam jest przedmiotem nienawiści lokalnych ludzi, którzy czekają na autostradę. Śmieszny człowieczek, budzący politowanie – don Quixote, o którym wszyscy mówią, że walczy z budową.

 

 

Autorzy dokumentu inteligentnie prowadzą film. NieImage ma tu czerni i bieli (oprócz plakatu), nie ma ludzi złych i dobrych, nie ma karykatur. Zwykli Czesi, z ogródkami, dziećmi i stygnącym piwem, kochający wulkaniczny krajobraz. Dokument taki, jak powinien być – bez tezy.

Autostrada została otwarta – po to, żeby po jakimś czasie osuwisko całkiem ją zniszczyło. Śmieszny pan ekolog uprzedzał, że geologia regionu nie pozwala na autostradę w tamtym miejscu – ale nadal uważany był za pana od żabek i malin.

Nie wiem, czy film będzie pokazany w Polsce – polecam poszukać w sieci, bo ma angielskie napisy.

 

 

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Karlin

Zarobiona byłam po uszy, zważywszy na fakt, że w końcu podjęliśmy ważką decyzję o przeprowadzce.

Nigdy więcej białych, rozszczekanych piesków.

Nigdy więcej kawalerek.

Nigdy więcej.

Poszukiwania mieszkania pozwoliły nam zapuścić się w nowe rejony Pragi, co było bardzo pouczające, bo okazuje się, że są tu prześliczne okolice – ale na, za przeproszeniem, totalnym zadupiu. Jeśli ktoś ma ambicję jeździć do pracy komunikacją miejską i nie poświęcać więcej niż pół godziny w jedną stronę, to nie może mieszkać hen daleko, za Dejvicami.

Padały pytania, czy pracujemy i czy jestem w ciąży. Od pierwszego stycznia zmieniła się ustawa dotycząca wynajmu mieszkań, lokator ma teraz bardzo dużo praw, więc właściciele się chronią. Zadając takie właśnie pytania i spisując umowy na okres próbny.

Nasze wymarzone mieszkanko znajduje się na Karlinie. Będę tęsknić za Vinohradami, ale okazuje się, że Karlin, robotniczy Karlin, może być bardzo piękny. Jest tu kilka kwartałów secesyjnych kamienic i właśnie w takim budynku mieszkamy, a po prawej stronie mamy park na Vitkovie. Blisko tramwaj, parkować można pod domem (żegnaj, modra zono!), knajpa jest, sklepy są.

I w końcu mogę oficjalnie zaprosić WSZYSTKICH do siebie, bo mam gdzie przenocować gości, ugotować im i uprać im ubrania.

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Vanoce

Czesi przygotowują się do Świąt.

Od października. W październiku właśnie pierwszy raz w lokalnym Albercie pojawiły się świąteczne słodycze i zestawy prezentowe. Na dowód mogę pokazać zdjęcie w komórce.

Po Wszystkich Świętych Praga zaczęła się stroić – więc już od wielu tygodni żyjemy w oczekiwaniu Świąt.

Pisałam już, jak jest pięknie – targi na każdym rogu, zapachy, choinki, światełka. Zaczynam wręcz żałować, że nie ma już śniegu.

Jedna rzecz mnie codziennie zasmuca. Pod kamienicą, w której mieszkam, usadowił się sprzedawca karpi. Ma 4 wielkie kadzie z wodą, w której pływają karpie. W nocy karpie się przytulają do siebie i śpią. Miałam pomysł, żeby je uwolnić, ale do Wełtawy jest daleko… Jem ryby, wiem, skąd się biorą na stole, ale widok kilkudziesięciu wielkich ryb w jednej kadzi o objętości dwóch wanien mnie niepokoi…

Nie chcę jednak być wieczną pesymistką, więc wrzucam focię:

 

Image

Posted in Uncategorized | Tagged , , | Leave a comment

Praga w śniegu, śnieg w Pradze

Żyję sobie powoli. Zaciskam kciuki, bo pojawiła się fajna możliwość, ale dopóki się nie uda, to nic nie powiem.

Spadł śnieg, Święta się zbliżają, ale już przywykłam – pierwsze oznaki, że idzie Boże Narodzenie, pojawiły się już przed Wszystkimi Świętymi (głównie słodycze – rozmaite Mikołaje, świąteczne edycje czekoladowych jajek wypełnionych lentilkami itp). 2 listopada ozdobiono świątecznie pobliskie centrum handlowe, a teraz w każdym praskim zakamarku czają się bożonarodzeniowe targi – i to jest bardzo ładne. Zapach prażonych migdałów miesza się z zapachem choinek, grzanego wina i miodu pitnego. Na każdym placu stoją ładne drewniane budki, gdzie można kupić wyroby z wełny, biżuterię i inne durnostki. Na placu Staromiejskim oczywiście jest także turystyczny kicz w postaci kopii Orloja czy maskotek Krecików, ale ma to olbrzymi urok.

W pracy nie jest tak sielankowo – zostałam przeszkolona z reklamacji i codziennie muszę podejmować kilkanaście nieetycznych decyzji, tylko po to, żeby bronić interesów firmy, nie pasażerów. Gdzie mogę, daję jakiekolwiek pieniądze, ale w większości przypadków nie wolno. Napiszę o tym kiedyś więcej, bo warto wiedzieć, jak to wszystko tak naprawdę działa.

Posted in Uncategorized | Tagged , | Leave a comment

Dzień świra

Jest taki francuski film “Diner des cons” – znajomi co jakiś czas robią kolację i należy obowiązkowo przyprowadzić idiotę – który oczywiście nie wie, że jest idiotą i rozprawia, ku uciesze obecnych. W mojej pracy bywają dni, kiedy co trzeci klient mógłby zostać zaproszony na nasz firmowy diner des cons. Oni się jakoś kumulują, czasem kilka dni z rzędu jest spokój, a potem przychodzi 14 listopada i co jeden, to gorszy.

Jak już wspomniałam, imienia i nazwiska u nas nie da się zmienić, jeśli bilet został wyemitowany. Telefon. Pani wczoraj w nocy robiła rezerwację dla męża, ale wpisała swoje imię (jakim cudem, powiedzcie, jakim cudem…). No i trzeba zmienić.

-Bardzo mi przykro, nie ma takiej możliwości, bilet jest imienny. Proponuję anulowanie biletu, zwrot opłat lotniskowych, zgodnie z warunkami tej taryfy i może pani zrobić nową rezerwację.

Pani nie rozumie. Po trzecim wytłumaczeniu załapała i zaczęła szeptać.

-Ale ja proszę, proszę…

-Bardzo mi przykro nie mogę, chciałabym, ale nie mogę.

Pani zaczyna płakać i krzyczeć.

-Czemu to trafia na mnie!!! Przecież to internet, każdy może się pomylić! Proszę to poprawić! Boże, co ja zrobię!

I tak pięć minut w ten deseń.

Potem dzwoni pani z obsługi lotniska. Lotniska są dla nas bardzo ważne, ale nawet dla nich nie możemy zmienić tego, że biletów wydanych przez inne agencje modyfikować nie możemy. Nie da się. Pani nie dała mi spokojnie wytłumaczyć, żeby zadzwoniła do naszej firmy matki. Nie. Zaczęła wrzeszczeć, że my od tego jesteśmy, żeby im pomagać, że ona nie będzie biegała po całej Francji (WTF?) i że ona tu jest na swoim stanowisku, że jest szefem i ma to gdzieś! Generalnie nie mam problemu, żeby przerwać upriedliwcowi, ale tej się nie dało. Spytała o moje imię i zagroziła, że napisze maila, gdzie trzeba. Na zdrowie.

Inny pan napisał maila. Że robił rezerwację, pomylił dni (again, again), zadzwonił, żeby zmienić, a tu paf! 70 euro kosztów zmiany. I że on się nie zgadza. Oddzwoniłam, bo na maile oddzwaniamy, w celu spokojnego wyjaśnienia, jakie są warunki jego taryfy (napisane wielkimi literami na stronie głównej). Pan nie chciał przyjąć niczego do wiadomości, powiedział, że to kradzież i on ma gdzieś warunki. I że MAMY MU ZMIENIĆ BEZ KOSZTÓW. Każdy by tak chciał.

Wygrała pani, która zadzwoniła w skomplikowanej sprawie. Jakiś czas temu pewne połączenie zostało zlikwidowane. Wielu pasażerów zgodziło się na anulowanie rezerwacji i zwrot kosztów. Połączenie, poprzez rozmaite naciski, zostało przywrócone. Ludzie, oczywiście, są zawiedzeni, bo w nowym grafiku nie ma już najtańszych biletów i jeśli chcą lecieć, to muszą kupić droższe bilety niż poprzednio. Jasne, jest to przykre, ale zrozumiałe, że biletu anulowanego i zrefundowanego przywrócić do życia się nie da. Wspomniana pani jednak tego nie rozumiała. Mamy jej oddać poprzednie miejsca i koniec. Bo ona napisze wszędzie, ona pracuje w biznesie, to jest skandal. I łamanie regulaminu europejskiego. Spytałam zjadliwie o paragraf, ale nie umiała odpowiedzieć. Darła się siedem minut – jaka to jestem zła, że jestem pierwszym ogniwem itd itp. I że ona i tak składa tę reklamację. Zmęczona, jeszcze raz wyjaśniłam, że jestem pionek od rezerwacji, reklamacje to gdzie indziej. Pani zamilkła. Potem przeprosiła, powiedziała, że wycofuje, co powiedziała i pożegnała się. Nie lepiej było od razu słuchać?

Jeszcze była pani z innego lotniska, która zrobiła mi awanturę, że lot anulowany, a pasażerowie nie wiedzą, co robić. Moje wyjaśnienia, że odpowiedni departament szuka rozwiązań i w krótkim czasie poinformuje smsowo pasażerów o nowych lotach, zignorowała. Bo co ona powie ludziom? “Noo, żeby poczekali jeszcze chwilę, firma ich nie zostawi samych sobie, ale przebukowanie kilkudziesięciu osób nie może trwać pięciu minut…” Obraziła się.

Humor za to poprawił mi pan, który zadzwonił kupić sobie bilet. Było miło, pożartowaliśmy, a na koniec spytał, czy to Maghreb, Hiszpania czy może Ameryka Południowa.

-Jestem Polką.

-Ooo, a ma pani taki słoneczny akcent. Bardzo pani dziękuję za to słońce w trakcie rozmowy!

Czyż nie piękny komplement?

Posted in Uncategorized | Tagged | Leave a comment

Policja!

Prawo czeskie mówi, że jeśli ma się zamiar zostać w Czechach dłużej niż 30 dni, należy się zgłosić na policję. Jestem tu już prawie trzy miesiące, dziś wolne, więc podjęłam męską decyzję i udałam się do urzędu. Nieco przejęta, nie wiadomo, czego będą wymagać, jakich papierów – wzięłam umowę o pracę i umowę o mieszkanie i poszłam na Olszańską 2. V. oczywiście ze mną. Najpierw trafiliśmy do siedziby Policji Czeskiej Republiki. Tam pan cieć kazał iść na drugą stronę, na miejską policję. Poszliśmy. Pan miejski policjant pokazał nam odpowiedni kierunek i już po dziesięciu minutach dotarliśmy do budynku policji dla obcokrajowców. Nie bardzo wiedziałam, jaki druczek wypełnić, więc wypełniłam pierwszy z brzegu. Trochę się bojąc, że mnie opieprzą, że zwlekałam trzy miesiące i co sobie myślałam. Niby Unia Europejska, ale z policją nigdy nie wiadomo.

Policjant najpierw oburzył się, że wchodzi dwoje ludzi. V. pospieszył wyjaśnić, że pritelkyne nie mówi zbyt dobrze po czesku.

– A po jakiemu mówi?

-Polski, angielski…

-A rosyjski?

Energicznie zaprzeczyłam, policjant odetchnął, dał dwa druczki, przybił pieczątki i od dziś oficjalnie tu jestem. Świętuję miętową herbatką w kawiarni na placu Tylovym.

Wolny dzień 🙂

Posted in Uncategorized | Tagged | Leave a comment